Podniebne dni

26 maja 2008

Po dwutygodniowym lenistwie na morzach i oceanach wróciłam do pracy. Powroty jak się domyślacie bywają trudne… Mam jednak to szczęście, że klienci w branży nieruchomości mają bardzo fajne siedziby i moje pierwsze zadanie po wakacjach jest w miarę bezbolesne i do tego w Złotych Tarasach! Widoki naprawdę są niesamowite, a do tego w czasie lunchu możemy iść na godzinne i spokojne zakupy :-) Z kuchni siedząc na popołudniowej kawie można obserwować jak po sąsiedzku wyrasta przyszły najwyższy budynek w Polsce i wypatrywać, z której strony miasta są największe korki żeby wybrać najlepszą drogę do domku. Myślę, że dziewczyny z retaina (czyli naszego działu zarządzającego czasem wszystkich firmowych zasobów ludzkich) bardzo mnie lubią ponieważ co projekt, to mam lepsze widoki. Dzięki dziewczyny, tak trzymać! Coś w tym jest, że najmilej wspominam klientów, którzy udostępniali nam duże sale konferencyjne na ostatnich piętrach warszawskich biurowców. Zwiedziłam już chyba wszystkie najwyższe piętra na warszawskim złotym kilometrze!

Krysia

Ta chwila!!!

23 maja 2008

To była ta chwila!!! Ten moment, który mógł zmienić bieg wydarzeń! Doskonałe podanie za plecy obrońców, połączone ze świetnym timingiem pozwoliło mi znaleźć się w sytuacji sam na sam z krakowskim bramkarzem drużyny futsalowej podczas turnieju PwC w Katowicach. Piłka po raz kolejny odbiła się od parkietu, podczas gdy ja składałem się do oddania strzału. Jeszcze tylko ułamki sekundy i futbolówka znajdzie się na odpowiedniej wysokości.  

Czas niemal się zatrzymał. Już widziałem oczyma wyobraźni, jak uderzona piłka trzepocze o śnieżnobiałą siatkę bramki, jak wspierający nas kibice szaleją z radości, jak żeńska część widowni jest pod wrażeniem umiejętności piłkarskich strzelca bramki, jak spiker przez głośnik krzyczy „Strzelcem gola dla drużyny z Katowic jest…”. Wszystko było dokładnie zaplanowane. Już niemal przygotowywałem się do spokojnego spaceru (w stylu „all eyes on me”) na swoją połowę boiska. Jeszcze tylko kątem oka spojrzałem na obrońców pozostawionych z tyłu, strach w ich oczach oraz błagalne spojrzenia. Nieee – pomyślałem – nie będzie litości. Akcja w stylu Filippo Inzaghiego musi zakończyć się w jedyny słuszny sposób. Piłka już na właściwej wysokości, nie ma czasu do stracenia, TO JEST TA CHWILA, huknąłem jak z armaty i … 

Obronił. 

Bramkarz wybronił mój strzał!!! Jak mogło do tego dojść??? Gdzie popełniłem błąd??? Przecież tego nie było w planie!!! Silne uderzenie w stronę długiego słupka bramki wydawało się nie do obrony. A jednak. Zrobił to, wybronił mój strzał!!! Czyżbym za słabo uderzył??? Czyżbym wybrał zły słupek??? Czyżby bramkarz grał turniej swego życia??? Możliwe; w ostatecznym rozrachunku został uznany za najlepszego bramkarza turnieju, kto wie - może miałem w tym skromny udział. Nic jednak nie zmieniało faktu, iż gola nie było.  

Nieustanne ataki katowickiej drużyny rozbijały się o szczelnie ustawiony mur obrońców, bądź fenomenalnie broniącego bramkarza. W kolejnych sytuacjach: to słupek, to piłka tocząca się po linii bramkowej, czekająca tylko na muśnięcie, by wpaść do bramki, zostaje wyłapana przez bramkarza, to obrońca w ostatniej chwili pojawia się na linii strzału i blokuje uderzenie. Gdy wydawało się, że bramka to kwestia akcji bądź dwóch, stało się coś, czego nikt się nie spodziewał … drużyna krakowska zdobyła bramkę. To było jak cios zadany przez Brutusa. Czy to możliwe, by cały wysiłek poszedł na marne??? Godziny treningów, analiz, rozpracowywania przeciwnika. Nie mogło być o tym mowy!!! Strata bramki podziałała na nas mobilizująco i ruszyliśmy do jeszcze intensywniejszych ataków. Narażaliśmy się na akcję kontrującą, mogącą przekreślić nasze szanse w całym turnieju, jednak w tym meczu nikt nie zamierzał się oszczędzać. Żadna piłka nie była straconą, po zakończonym ataku wszyscy wiedzieli co trzeba zrobić – trenerskie „POWRÓT!!!” brzmiało w naszych uszach. Nieważne, że bolało, że brakowało sił - determinacja, z jaką walczyliśmy, była ogromna.  

Determinacja była ogromna; tym bardziej chwila, w której rozbrzmiała syrena kończąca spotkanie, wydała się najokrutniejszą na świecie. Nie udało się. Zostaliśmy pokonani, a wyznaczony cel, czyli wyjazd na mistrzostwa PwC CEE [po polsku: Europa Środkowa i Wschodnia] znacząco oddalił się. Po skończonym turnieju przyszedł czas na analizy, dywagacje, komentarze. Wniosek z nich płynący był okrutny, w przypadku naszego zwycięstwa w meczu z drużyną krakowską to Katowice reprezentowałyby Polskę wraz z drużyną warszawską w turnieju PwC CEE. Kto wie, jak potoczyłoby się spotkanie z Krakowem, gdybym wykorzystał swoją sytuację? Co pozostało nam zawodnikom po turnieju??? Poczucie żalu, niespełnienia, kilka kontuzji, ale i motywacja do pracy, wiara w sukces w następnym turnieju oraz to, że kilka prawd piłkarskich nigdy się nie zmienia:

  1. „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie”
  2. „Każdy mecz można wygrać, przegrać lub zremisować”
  3. „Nie ma dyscypliny, nie ma wyników”. :)

No i oczywiście poczucie świetnie zorganizowanego turnieju. W końcu w mieście „Spodka” wiedzą, jak zorganizować dobrą imprezę. :)

Bart

najlepszość

21 maja 2008

Jak mówi stare, polskie (?) powiedzenie, każda pliszka swój ogonek chwali. Tak więc nasza firma nie postępuje inaczej i chwali nas generalnie ile sie da, że jesteśmy super i najlepsi w ogóle - a to wygramy konkurs na najlepszego pracodawcę roku, a to zostaniemy najlepszą firmą doradczą. Coż, trzeba przyznać, że PwC daje radę :)

Tak sobie myślę, że powyższe sukcesy są w zasługą pracujących tu ludzi. Wierzcie mi, można tu spotkać naprawdę niesamowite osoby. Ha, no ludzie są niezłym tematem na posta (nie myślcie sobie, że tak łatwo jest wymyślić coś ciekawego i żeby jeszcze później ktoś chciał to czytać! :)  )

A więc na początek poznajcie Kasię. Jeszcze niedawno siedziałyśmy obok siebie, ale niedawno Kasia została przesadzona bliżej swojego zespołu, czyli TICE (Technology, Information & Communications, Entertainment).

Kasia zaskakuje. Generalnie nie znając jej bliżej można by sądzić, że dziewczę jak każde inne, wiadomo - wykształcona, inteligentna, miła. Ale np. rozmawiamy dziś przy lunchu o filmach bollywoodzkich i Kasia zaczyna opowiadać, jak była na takim filmie w kinie w Indiach. Albo inna sytuacja - koleżanka z pracy po powrocie z wakacji w Egipcie zaprasza na imprezkę pod hasłem palenie sziszy. Jest sporo osób, rozmawiamy o krajach afrykańskich i arabskich, odmiennościach kulturowych itp., a Kasia zaczyna opowiadać, że jak mieszkała przez łącznie kilka lat w Turcji… no i wszystkich zatkało!

Nie chodzi o to, że to jakieś osiagnięcie, ale zważywszy na fakt, że Kasia niedawno skończyła studia i opowiada o swoich podróżach w tak bezpretensjonalny sposób, to naprawdę robi wrażenie. W dodatku Kasia naprawdę dużo wie o krajach, w których była. Podziwiam to, że Kasia podróżuje, żeby poznawać ludzi i obyczaje, a nie tylko wygrzać sie na słonku czy karnąć wielbłądem ;)

Chciałabym też wspomnieć, że Kasia jest jedyną reprezentantką działu podatkowego lecącą jutro na turniej piłki nożnej do Aten! Ze względów finansowych (budżet działu i inne takie) miał jechać tylko audyt, ale ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie Kasi znalazło się dla niej miejsce. A więc Kasiu, powodzenia i strzel gola! A, no i puchar jakiś możesz przywieźć też :)

Dorota

Nawigator „Marta 82”

21 maja 2008

Praca w PwC otwiera przed nami ogromne możliwości. Firma zapewnia nam dostęp do „nowoczesnych urządzeń”, które znacząco ułatwiają nam codzienną pracę. Dzisiaj miałam okazję skorzystać z jednego z nich - Nawigatora „Marta 82” (uwaga: biuro warszawskie takiego urządzenia nie posiada).

Nasze biuro w Katowicach usytuowane jest przy Al. Górnośląskiej – znanym fragmencie autostrady A4 Katowice - Kraków. Przy biurze znajduje się tzw. Węzeł Murckowski, na którym obecnie przeprowadzany jest remont obiektów mostowych oraz nawierzchni (w ramach promocji regionu dodam tylko, że docelowo węzeł będzie miał ponad 10 wiaduktów, ślimaków i dróg dojazdowych). Naturalną konsekwencją takiej przebudowy są korki. W rezultacie, od czasu do czasu, przejeżdżając przez remontowany węzeł mam szczęście w nim utknąćTak stało się dzisiaj - poruszałam się autostradą w żółwim tempie, w zasięgu wzroku miałam nasze biuro, a przed sobą wielką ciężarówkę zasłaniającą mi drogę. Wtedy właśnie skorzystałam z niezawodnego urządzenia – Nawigatora „Marta 82”. Wystukałam odpowiednie cyferki w telefonie i zapytałam:

 „Jak tam z przodu? Jak wyjechać z tego korka?” 

W odpowiedzi usłyszałam głos koleżanki Marty:

 „Właśnie opuszczam węzeł! Zamknęli prawy skrajny pas Górnośląskiej tuż przed zjazdem do naszego biura, trzymaj się lewego skrajnego, na wysokości supermarketu przebijaj się na prawą stronę”.  

Posłuchałam Nawigatora i wierzcie lub nie, ale dzięki jego instrukcjom (a także moim umiejętnościom dynamicznej jazdy pomiędzy samochodami) oszczędziłam co najmniej 10 minut. Ach te cuda techniki! Niech żyje XXI wiek i PwC, dzięki której poznałam Nawigatora „Marta 82”!

Szwedka

Don Quijote de los Andes…

20 maja 2008

Jakoś tak ostatnio niewiele słyszeliście ode mnie. W sumie to nic ciekawego w pracy się nie działo:)…… Oksymoron?? Nie! Urlop! Co więcej, pierwszy urlop, w pierwszej pracy! Całych 19 dni!

Ale po kolei… wszystko zaczęło się wyjątkowo kolorowo. Stewardessy w AirComet Słyszał ktoś kiedyś o czymś takim?? Ja nie… do czasu, kiedy usiadłem w wygodnym (tak jest, wygodnym, mimo, że w klasie economy) fotelu Airbusa A 340 i uśmiechnęła się do mnie boska stewardessa… Blond włosy i piwne oczka… mój typ :) i do tego ta czapeczka na głowie, ze znaczkiem AirComet. Od razu zrobiło się przyjemniej :) Szkoda, że lot trwał tylko 13 godzin…

Ale na ziemię! Lądowanie w Limie. Wszystko ok. Bagaż na miejscu, ja i mój znajomy w jednym kawałku, uzbrojeni w mapy i przewodnik Lonely Planet (Boże daj zdrowie temu, kto go napisał!) i co najważniejsze pełni zapału do eksploracji… Jednym słowem – gotowi na wyprawę!

Przemierzyliśmy kilka tysięcy kilometrów w Andach peruwiańskich, zdobyliśmy najgłębszy na świecie kanion (kanion Kolka w Peru), wdarliśmy się na kilka dni do dżungli w Ekwadorze, spłynęliśmy kilkadziesiąt kilometrów dopływem Amazonki Rio Napo… I to spoglądanie na świat z wysokości 6.075 metrów nad poziomem morza, uzbrojeni w raki i czekany. Chachani w Peru również uległo naszej żądzy zdobywania…Do tego zmierzyliśmy się z wszechobecnymi Daewoo Tico (w Peru prawie każda taksówka to Tico!), miejscowym jedzeniem sprzedawanym na ulicznych straganach no i oczywiście świnką morską…tradycyjnym przysmakiem w Peru i Ekwadorze (aż wierzyć się nie chce, ale nawet Ostatnia wieczerza w katedrach w Cusco i Quito przedstawiana jest ze świnką morską w roli „prawie” głównej…przedmiotowo… na talerzu :) ). Don Quijote wymięka… :)

Tylko premiera Tuska na Machu Picchu nie spotkałem. Ciekawe czy on również musiał zapłacić $48 za wstęp? :)  

Dzisiaj wróciłem do pracy…. Laptop jak stał na biurku tak stoi. Obok niego woodoo lawyer przywiezione z Nowego Orleanu i piłeczka baseballowa z meczu Washington Nationals. I nawet tabliczka z placu Pigalle wisi koło biurka…. Tylko w trayu sporo nowych papierków i dziesiątki maili na skrzynce do przeczytania…. No i oczywiści dzień pełen opowieści… co, gdzie i kiedy :) Nie ma czasu na jetlag…

Jacek

PGL czyli Program Grupowego Leniuchowania

19 maja 2008

W związku z zakończeniem sezonu, od kwietnia wznowione zostały spotkania tzw. grup PGL-owych. PGL (skrót od angielskiego Peer Group Learning) to comiesięczne, całodniowe spotkania kilkuosobowych grup asystentów z tego samego „rocznika”, których celem jest przede wszystkim nauka i wymiana doświadczeń z pracy. Od września zeszłego roku prowadzę jedną z takich grup i muszę powiedzieć, że jest to świetna zabawa i oderwanie się na chwilę od tego, co robię zazwyczaj. Na ostatnim spotkaniu nie było inaczej – jak zwykle zostałam przyjemnie zaskoczona świetnie przygotowanymi prezentacjami, a nie było łatwo, bo omawialiśmy cykle sprzedaży i zakupów. W ramach tematów lekkich, łatwych i przyjemnych pogadaliśmy też o zarządzaniu czasem i o tym jak sobie radzić z natłokiem zadań i krótkimi deadline-ami. Jednak największy entuzjazm odnotowałam na sam koniec spotkania, kiedy dyskutowaliśmy na temat sposobu wykorzystania budżetu, jaki dostaliśmy na rozrywkę i integrację. Po burzliwej dyskusji na temat tego czy ciekawsze są gokarty, paintball czy kręgle - wybór padł na wizytę w kasynie;-) Mam nadzieję, że fortuna nam dopisze!

Ania

Consiglieri?

14 maja 2008

Podczas studiów przeczytałem felieton partnera z konkurencyjnej firmy, który pracę doradcy podatkowego przyrównał żartobliwie do tzw. consiglieri, który szepce szefom mafii na ucho, co mają robić. Metafora wskazywała, że doradca podatkowy działa trochę jak zaufany doradca pracujący dla „ojców chrzestnych”. Tylko jak to rozumieć w kontekście tego, że Al Capone został skazany za unikanie płacenia podatków?

Poszukajmy zatem innego porównania…. może postacie z Tolkiena? Gandalf wspierający Aragorna? A może doradca to taka osobowa nić Ariadny, która pomaga Tezeuszowi-podatnikowi wydostać się z labiryntu przepisów?

Trudno wyszukać odpowiednie porównanie, ale jedno wiem na pewno, doradca nie jest złotą rybką potrafiącą sprawić, że podatki przestaną istnieć.

Mikołaj

O tzw. dobrym wejściu do klienta

13 maja 2008

Wchodzimy do biura w siedzibie klienta: jest nas troje, laptopy w rękach, równy krok, powiewające płaszcze, brak tylko ciemnych okularów… Siejemy grozę.

Pierwsze pytanie audytora, po tym jak pobladła recepcjonistka udostępni nam jakąś przestrzeń życiową, brzmi niezmiennie: gdzie jest kuchnia… O ile recepcjonistka nie padnie z wrażenia („Biegli przyszli!… Strach rany boskie…”) – docieramy do źródła kofeiny.

Pewni swoich nadprzyrodzonych mocy wielko-czwórkowych, w nastroju „I’m the King of the world”, kuloodporni i bezbłędni – trafiamy w szafce na zastawę stołową z logiem Enronu…

Miliony :)

13 maja 2008

Wiosna w pracy i za oknem, aż nam wszystkim ciężej było wytrwać w biurze, panowało ogólne rozluźnienie i chyba w końcu komuś z szefostwa to podpadło bo pogoda w tym tygodniu uległa diametralnej zmianie i wręcz nie chce się wychodzić z pracy…

 

Dodatkowo powoli zaczynam się zastanawiać czy ktoś na mnie zastawia pułapkę w pracy! Ostatnio w różnych miejscach (w kuchni, firmowych przegródkach, na recepcji, na wolnych biurkach itd.) czekają na nas czekoladowe przysmaki - i jak tu dbać o linię, a z drugiej strony uwielbiam czekoladę:-) i od razu przyjemniej się pracuje!

 

Oczywistym jest fakt, że każda praca kształci i rozwija, ale moja na dodatek, ukierunkowana podatkowo, choć może nie radzi jak szybko zarobić miliony to przynajmniej skutecznie przestrzega jak łatwo i szybko ich nie stracić ;-)

 

Ola B.

Same przyjemności

12 maja 2008

Moje ostatnie dni są bardzo intensywne. Poznaję nowego klienta i jednocześnie zamykam projekt za osobę, która wyjechała na secondment (to takie „wypożyczenie” pracownika przez PwC w innym kraju). Niedługo mamy egzaminy z finansów i podatków, więc w niektóre dni tygodnia zamiast do pracy chodzę na szkolenia, co sprawia, że znowu czuję się jak na studiach… Innym miłym obowiązkiem, który na mnie spadł w tym tygodniu jest wybór restauracji na kolację kończącą duży projekt, w którym brałam udział. Oby więcej takich zadań. Przygotowałam już też podsumowania moich ocen z projektów wykonywanych w tym roku i teraz pozostało tylko omówienie ich z moim counsellorem – to taki starszy stażem kolega, który opiekuje się moją karierą. Na szczęście dzięki laptopowi i komórce większość z tych rzeczy można wykonać bez fizycznej obecności w biurze, łącząc się szyfrowanym tunelem z naszymi systemami. Osobistej wizyty wymaga tylko wyciągnięcie poczty z „traya”, czyli szafki, którą posiada każdy z nas (zupełnie jak w amerykańskim high school!). Te szafki są bardzo potrzebne, ponieważ w PwC mamy mobilny system pracy tzn. nie mamy swoich stałych biurek ani miejsc, za to dzięki oplatającej nas bezprzewodowej sieci możemy pracować przy dowolnym biurku, w salce spotkaniowej, w quiet roomie, a nawet (zdradzę moje ulubione miejsce) na miękkich kolorowych fotelach przy kuchni! 

Krysia

Dalej »