Inwentaryzacja - przyjaciel czy potwór? ;-)

18 listopada 2008

Koniec roku już tuż, tuż. Rozpoczął się sezon na inwentaryzacje;-)
Pierwsza inwentaryzacja to doświadczenie, którego nie da się wymazać z pamięci… Najciekawsze historie związane z pracą zazwyczaj dotyczą właśnie wizyt na inwentaryzacjach pierwszorocznych asystentów. Każdy pierwszoroczniak musi kilka inwentaryzacji zaliczyć – jest jak ospa, niezbyt przyjemna, wszyscy chcieliby jej uniknąć, ale prędzej czy później i tak cię dorwie. Niechęć do inwentaryzacji związana jest zapewne z tym, że duża część z nich odbywa się w środku nocy, gdzieś daleko w Polsce. Na dodatek większość kumuluje się w noc sylwestrową, a liczenie świń, margaryny lub butli z gazem w Sylwestra nie jest zazwyczaj marzeniem nowozatrudnionego audytora ;-)
Moja pierwsza inwentura była przeżyciem równie strasznym co śmiesznym. Przyszło mi liczyć… lody. W magazynie gdzie stała temperatura była utrzymywana na poziomie minus 30… Zostałam ostrzeżona, że mam się ubrać bardzo ciepło, tak też zrobiłam, jednak nic nie było w stanie przygotować mnie na widok przedstawicieli klienta biorących udział w inwentaryzacji ubranych w większości w stroje narciarskie;-) Liczenie odbywało się na zasadzie wahadłowej (5 minut liczenia w magazynie, 10 minut stania poza magazynem przy piecyku, żeby odtajać). Wszystkie wzięte przeze mnie długopisy zamarzły i musiałam używać ołówka, który jako jedyny przetrwał arktyczną temperaturę. Magazynier, który mnie oprowadzał i pomagał liczyć miał niezwykle sumiaste wąsy, już po minucie pobytu w magazyno-zamrażarce na wąsach osadzały mu się sople, które obijały mu się o usta kiedy mówił. Przypominał morsa. W związku z tym, zamiast martwić się o liczenie, głównie martwiłam się o to czy mu te wąsy w pewnym momencie nie odpadną albo czy nie odpadną sople i nie wbiją mu się w nogę, albo czy nie wbiją się mi… Ogólnie musiałam się ciągle powstrzymywać żeby nie wybuchnąć śmiechem kiedy zaczynał do mnie mówić. Ostatecznie inwentura się skończyła, wszystko przebiegło pomyślnie, a ja wróciłam do zawrotnie gorącego (w porównaniu) biura.
Ach te wspomnienia! ;-)

Ania