|
|
26 lutego 2010
W ramach wspierania międzynarodowej wymiany pracowników zostały ostatnio w audycie organizowane spotkania z Global Mobility Managerem. Zainteresowani mogli zapoznać się z wieloma ofertami pracy w biurach zagranicznych (od Nowego Jorku po Hong Kong) i przedyskutować interesujące ich oferty.
Także w codziennej pracy bardzo często współpracujemy z oddziałami PwC w innych krajach - na przykład badamy skonsolidowane sprawozdania spółek mających jednostki zależne za granicą. Własnie teraz uczestniczę w projekcie, gdzie wydajemy opinię o planie transgranicznego połączenia.

Do pracy w międzynarodowym środowisku niezbędna jest znajomość języków obcych - dlatego podczas rekrutacji możecie się spodziewać, że zostaniecie przetestowani ze znajomości języków.

Ola L.
25 lutego 2010

Czy wolontariat pracowniczy w korporacjach jeszcze kogoś dziwi? Na pewno znajdą się niedowiarki, bo niby jak facet w garniturze może pomagać w budowie boiska do gry w piłkę, czy piaskownicy szkolnej? W PricewaterhouseCoopers to już powszechna forma współpracy a wszystko dzięki Fundacji PwC „Podaruj siebie”. Pomysł na założenie Fundacji pojawił się na początku roku 2005. Dziś wszyscy, którzy angażują się w inicjatywy programowe i pomoc potrzebującym chcą jako firma działać na rzecz przeciwdziałaniu wykluczeniu społecznemu, wspierać wolontariat pracowniczy, uczestniczyć w zbiórkach finansowych oraz promować integrację społeczną. Czy myślałaś/eś kiedyś o pracy w środowisku ludzi, którzy swój cenny czas oddają innym, mając z tego przyjemność i radość, która daje siłę potrzebującym? Jeśli tak, to znak, że jesteś wrażliwa/y na krzywdę przejawiającą się w społeczeństwie, a twoja pomoc nie jest obojętna. Firmowy wolontariat zyskuje na popularności, nie tylko wśród pracowników naszej firmy ale również wśród najmłodszych, którzy pamiętają o wspólnie spędzonym czasie.
Moja pierwsza przygoda z Fundacją PwC, miała miejsce podczas wyjazdu do Zbroszy Dużej położonej w województwie mazowieckim. Jeśli masz teraz chwilę czasu, przyłącz się do moich wspomnień z 8 października 2009 roku! Podróż trwała ok. 2 godzin, miałam okazję poznać się bliżej z koleżankami i kolegami z innych zespołów, którzy również chętnie jechali pomóc dzieciakom w „odbudowie” szkoły. Zdrowe i soczyste jabłka prosto z miejscowych sadów można pożerać nie tylko wzrokiem. Na miejscu czekały na nas ciepłe napoje i śniadanie, z łatwością znalazłam coś dla siebie. Po smakołykach przyszedł czas na jeszcze większą przyjemność! Praca z dziećmi czy praca w terenie? Ja wybrałam pierwszą opcję, a w przerwie mogłam podziwiać pracę moich towarzyszy.
Kilka dni wcześniej przygotowywałam się do prowadzenia warsztatów z lepienia masek z masy solnej dla dzieci, dzielnie pomagała mi Monia z zespołu szkoleń. Wprowadzenie dla dzieci rozpoczął Wojtek Bobilewicz, nasza skarbnica wiedzy afrykańskiej. Fotografie z podróży Wojtka po Etiopii wpływały na wyobraźnię, każdy mógł obejrzeć z bliska pamiątki z wyprawy. W tym samym czasie z Moniką wyrabiałyśmy masę solną dla dzieci. Nie było łatwo. Początki lepienia też były ciężkie, maski były piękne ale więcej pracy musieliśmy włożyć w ich stabilność po to, abym z łatwością mogła przenieść je do piekarnika. Dzieci mają wyobraźnię i pamięć do szczegółów, co widać na zdjęciach. Po pracach ręcznych, czekaliśmy cierpliwie na efekty. Zeszłam do kuchni, gdzie stały dwa solidne piekarniki a po 30 minutach wszystkie maski były gotowe do malowania. Druga część warsztatów zdecydowanie bardziej przypadła do gustu dzieciom. Zabawa z różnymi kolorami farb ukazała charakter ulepionych masek. Wykonane zadanie musiało się spodobać, bo nikt nie chciał oddać swoich dzieł na aukcję! Młodzi uczestnicy z radością zabrali swoje prace do domów.
W tym samym czasie młodsze klasy mogły uczestniczyć w innych zajęciach manualnych takich jak: Robienie korali z makaronu, puszczanie latawca Krokodyla czy lepienie z plasteliny a nawet w budowie wielkie makiety z planem miasta Nowy Jork. Za oknem trwała ciężka praca…. pozostali pracownicy pomagali wybudować boiska do piłki nożnej, ręcznej, siatkówki, koszykówki, skocznię i piaskownicę. Traktor z przyczepą pełną piachu był dla wszystkich wielką rozrywką a mistrzowie kierownicy nie odpuścili sobie wrażeń. W PwC pracują silne kobiety, nie boimy się łopat, grabi czy nożyc do żywopłotu, a dodatkowo dzielnie pracujemy w trudnych warunkach atmosferycznych.
Efekty wspólnej pracy mogliśmy nie tylko podziwiać ale również wypróbować! Mecz piłki nożnej rozegrał się między PwC a Drużyną UKS „Iskra”. Kto wygrał? Tym razem nie my. Wręczenie pucharu i medali odbyło się przy ognisku, gdzie zajadano się pieczoną kiełbasą i częstowano grzańcem. Podziękowania władz szkoły za trud i efekty zakończyły dzień pełen wrażeń. Dzięki Fundacji „Podaruj siebie” pomogłam dzieciakom i sobie, teraz mam znacznie więcej znajomych w pracy.Firmowe działania na rzecz potrzebujących zyskują na popularności, a programy cieszące się zainteresowaniem wśród pracowników naprawdę pomagają. Zbrosza Duża nie zapomniała o nas. Album fotograficzny widnieje na oficjalnej stronie internetowej Publicznej Szkoły im. ks. Czesława Sadłowskiego: http://pspzbroszaduza.edupage.org/ - sprawdź jak PwC pomaga innym!
Kasia
22 lutego 2010
Ten post nie ma zdjęć, więc pewnie nikt go nawet nie zauważy, ale przez te 2 tygodnie zebrało nam się kilka spostrzeżeń, które wydają się ciekawe.
Peru to kraj, w którym:
- świnki zazwyczaj pasą się na polach na sznurkach
- większość domów czeka na kolejne piętro
- Panie są na codzień tradycyjnie kolorowo pięknie ubrane, a Panowie normalnie, jak u nas
- zamożność miasta można poznać najłatwiej po tym, co służy za taksowkę
- można stanąć na ulicy w 5-tym rzędzie ogladając paradę i wszystko widzieć
- aż chce się na tych wielkich pustych i gładkich przestrzeniach coś nabazgrać, naznaczyć, zaburzyć piękną jednolitość. Dlatego zdarzają się wielkie hasła wypisywane na zboczu góry (np. wyborcze, albo reklamowe - normalna wycinka w lesie albo krótsza trawa) albo, że Cuzco wita czy coś
- na ulicach najbardziej wymalowane i najładniejsze są policjantki
- 4-letnie dzieci zarabiają już na życie - sprzedają coś, kelnerują, sprzatają. Płakać się chce.
- nie ma w tym kraju plakatów - albo piszą po górach albo malują na murach. Znowu reklamy/ wybory - wszystko namalowane.
- czujemy się momentami jak Eloje wożone klimatyzowanymi autobusami, podczas gdy za oknem …
- język Quechua jest przepiękny! taki miękki, jakby dziecinny, ma takie wspaniale nazwy i slowa. Pachamama (przez “cz”) - matka ziemia, Pachacuteq - to taki ich Jagiełło, Tambomachay, Viracocha, Tupac Amaru, wszędzie bamba, mama, pampa, puka puka, no cudownie!
- jak wparowali tu Hiszpanie to się okazało, że nie stosowano tu koła. Kolega mi powiedział, że to dlatego, że nie znali. A to nie prawda. znali koło i wykorzystywane było np. w zabawkach dla dzieci. Ale było im tu zupełnie nieprzydatne ze wzgledu na to, że zwierzęciem pociągowym/ transportowym była lama. A lama nie uciągnie tyle co koń, więc nie było po co budować wozu na kołach, bo nie było komu ciągnąć. Lama nosiła na grzbiecie i koniec. Ponadto przy takich stromiznach koło było im po prostu zbędne. Baaardzo ciekawe.
Marcin
19 lutego 2010
Powoli pewnie większość z Was już pracujących zaczyna myśleć o majowym święcie pracy i związanym z tym długim weekendem. W Stanach także świetuje się świeto pracy, ale dla odmiany 7 września. Oczywiście dzień wolny, ale niestety także symboliczne zakończenie lata i… elastycznych piątków.
Tak zwane “flex fridays”, to wprowadzana u mnie w firmie od lipca do dnia święta pracy możliwość przepracowania 40h od poniedziałku do czwartku, co umożliwia wzięcia wolnego piątku nie uszczuplając przy tym urlopu. Oczywiście jest to możliwe, gdy nie ma się terminów na projekty, albo pracy, która musi być wykonana w piątek. Mi udało się w 2009 roku skorzystać trzykrotnie. Nie ma to jak letni długi weekend.
Swoją drogą jest chyba symboliczne, że święto pracy kończy możliwość niepracowania w piątki.
Mikołaj
12 lutego 2010
Tłusty Czwartek, Dzień Tłuściocha, Dzień Pączusia czy Faworka dobiegł końca
Nie wiem, czy wiecie, ale dawniej objadano się słoniną, boczkiem i mięsem, które suto zapijano wódką. UFFFF jak dobrze, że ta pierwsza część tradycji została zastąpiona pączkami i faworkami, ciekawe jak z zapijaniem nadzienia różanego i faworków z cukrem pudrem?
W biurze warszawskim wyczekiwaliśmy słodkości, które przyjechały dopiero około 12:00. Każda pora nie jest zła! Zjadłam 2 pączki oblane cukrem i posypane skórką z pomarańczy. Miękkie ciasto, słodkie nadzienie rozpływało się w moich ustach a potem zapewne utworzyło warstwę tłuszczu - raz w roku można . Według jednego z przesądów, jeśli ktoś w Tłusty Czwartek nie zje ani jednego pączka - w dalszym życiu nie będzie mu się wiodło. No i jak na przesąd przystało wszystko się spełnia! Zjadłam pączka a zaraz potem dowiedziałam się, że moja praktyka w PricewaterhouseCoopers zostanie przedłużona! Dobra, to był zbieg okoliczności, wszystkie przesądy to ściema.
W czasie przerwy na lunch wybrałam się na obiad do Green Waya, pyszna zupa, pączuś „domowego wyrobu”, faworki bez smalcu – polecam. Wracając podziwiałam blisko 100 osobową kolejkę do cukierni „Pawłowicz” na ulicy Chmielnej. Czekoladowe nadzienie pączków serwowane w tej oto cukierni na pewno wynagrodziło wszystkim klientom 3 godzinne stanie na mrozie - nie polecam
Dodatkowa informacja dla imprezowiczów: Tłusty Czwartek rozpoczyna ostatni tydzień karnawału.
Podsumowując dzisiejszy dzień: może warto wierzyć w przesądy i wznowić drugą część tradycji sprzed lat ?
Kasia
9 lutego 2010
Najwspanialsi!
Aktualnie znajdujemy się w najpiękniejszym miejscu na świecie. A jak nie, to na pewno blisko mu do ideału. Nazywa się Huacachina i jest ok. 300km na południe od Limy. Słowa znów nie poradzą, wygląda tak:

Jest dokładnie takiej wielkości jak widać. Dosłownie kilka domów na krzyż. Podróżujemy z naszą nową przyjaciółka Tanią z Moskwy (też udała się na dłuższą przerwę w Big4). Nasz hiszpański czyni ogromne postępy - do tego stopnia, że zaczynamy rozumieć co do nas mówią i orientować się w liczebnikach w najbardziej nas interesującym przedziale 10 - 20.
To jakże wspaniale miejsce, oprócz faktu że mozna je obejść wolnym krokiem w 20 minut (a nikt tu nie jest w stanie zdobyć się na szybszy krok) cechuje to, że można tu uprawiać dziwny sport zwany sandboardingiem. Kojarzy się ze snowboardem i z piachem i jest wszystkim co można z nazwy wywnioskować - tyłek boli od upadków jak na snowboardzie a w każdym otworze ciała jeszcze przez tydzień będziemy znajdować piach.
Poza tym jednak jest to megafantastyczny wypas i koniecznie polecamy. Zwłaszcza zjazdy głową naprzód po 150metrowym zboczu I nie wiadomo co lepsze - same zjazdy czy bycie wożonym tymi śmiesznymi samochodzikami po wydmach z szalonym, uroczym kierowcą. Czaaad!
Ponadto, nasz nowy kolega Kim z Japonii w trakcie jednego 150m zjazdu zgubił w połowie drogi buty. Oczywiście były to Japonki. Stąd rada dnia: nie bierz na sandboarding japonek turysto!
A po szalenstwach mamy do dyspozycji hostel z basenem, hamakami pod tysiącletnim drzewem, leniwą muzyczką, lokalnymi drinkami i gronem kłócącychsięmegagłośnokolorowych papug. Ale nie bedziemy już was dalej irytować.
Marcin
2 lutego 2010
Kochani,
Wielka Brytania jest pięknym obszarem, ktory dał światu wiele i równie wiele sobie z tego świata przywiózł. Jest to kraj dziwnych kranów, wspaniałego piwa i ludzi bardzo chłodnego chowu (w klapkach, krótkich gaciach i t-shircie dziś na rowerze). Natomiast my, idąc za swoim uwielbieniem dla edukacji i jej instytucji, zdecydowaliśmy się obejrzeć sanktuarium wyższego szkolnictwa i z Naszymi Uroczymi Gospodarzami “pojechalim” do Cambridge.
Okazuje się, że to most na rzece Cam. Hmm. Było nawet nie po brytyjsku słonecznie, dość rześko (+2 i wialo) i gdzieniegdzie polegiwała cieniuśka warstwa śniegu. Ciekawy zwyczaj - zwijają tu trawę na zimę. Coś jak u nas z asfaltem.
A jutro … Lima. I 28 stopni
p.s. Bohaterem dnia jest dzis Andre Miller z Portlandu - 52 pkt w nocy, 22/31 z gry. Tak samo niespodziewane jak ta rzeka Cam.
Marcin
|
|