|
|
31 marca 2010
Jakiś czas temu zamieszczałem link do strony PwC EPIC (Early PricewatrhouseCoopers International Challenge), na której znajdowały się krótkie historie z pracy w USA napisane przez moją skromną osobę. Właśnie pojawiła się cześć druga. Nowe teksty można poczytać tutaj. Wystarczy wejść na mój profil i przewrócić e-kartkę na trzecia stronę. Dodam, że kolejna cześć projektu, dużo bardziej nietypowa jest w przygotowaniu, ale o tym za jakiś czas.
Mikołaj
24 marca 2010
Dzięki Wam, nasza firma już po raz szósty z rzędu została uhonorowana tytułem „Pracodawca Roku” i tym samym została uznana za najlepszego i najbardziej atrakcyjnego pracodawcę na rodzimym rynku.
Dziękujemy Wam ogromnie za to wyróżnienie! Jego zdobycie w 2004 roku było dla nas ogromnym wyróżnieniem. Dzięki Waszym głosom, utrzymanie go przez kolejne pięć lat to najlepsza i najbardziej wartościowa z możliwych nagród!
PricewaterhouseCoopers
17 marca 2010
Gdzie człowiek nie spojrzy, tam zmiany. Za oknem zima w końcu daje za wygraną (z wyjątkiem anomalii z ostatnich dni) i zdaje się, że wiosna zaczyna delikatnie pukać do drzwi:).
„Wiosenne” przemiany nie omijają również organizacji, w tym w dużym stopniu biura w Katowicach:
- nowe twarze w biurze,
- rozwój struktur organizacyjnych,
- oraz plany przeprowadzki do nowej lokalizacji!!!
Początek roku, to zawsze „busy” okres w organizacji. Nie tylko dział audytu, ze względu na okres sprawozdawczy spółek, ale i Advisory oraz dział podatkowy stają przed nowymi, licznymi projektami i wyzwaniami, a w organizacji pojawiają się coraz to nowe persony. Skutkuje to między innymi tym, iż lokalizacja mojego tray (skrzynki korespondencyjnej) ulega zmianie z tygodniową częstotliwością :).
O tym, że Katowice to piękne miasto chyba nikogo specjalnie przekonywać nie muszę :). Stolica Śląska stała się ostatnio bardzo modnym miejscem na lokowanie centrów usług. Również organizacja wdraża projekt polegający na otwarciu Centrum Usług Wspólnych (tzw. Shared Service Center) właśnie w Katowicach. Głównym celem jednostki jest wsparcie biur PwC w Polsce oraz w krajach Europy Środkowo-Wschodniej w zakresie usług audytu finansowego.
„Last but no least”, w nadchodzącym roku pracowników PwC czeka jeszcze jedna istotna zmiana – przeprowadzka do nowego biurowca. Katowice Business Point, bo tak brzmi nazwa biurowca, to jedenastokondygnacyjny budynek o łącznej powierzchni 17 tys. mkw. Po zakończeniu prac aranżacyjnych, budynek powinien zostać oddany do użytku już w kwietniu 2010 roku, zaś przeprowadzka planowana jest na koniec roku.
Jak widać, changes nie omijają stolicy Śląska. W końcu jak głosi stare porzekadło, „Kto stoi w miejscu, ten się cofa”.
Bart
15 marca 2010
Tak, podróżować jest bosko, no ale niestety są też i niebezpieczeństwa. No i stało się. Namierzyli nas dziś złodzieje. A w biblii (czyli LonelyPlanet) pisali, że Buenos to najbezpieczniejsze miasto i nie należy dać sobie wmówić, że jest inaczej. Sposób kradzieży “wyrafinowany”, nie taki zwykły, bo “na kupę”.Otóż szliśmy sobie od metra ulicą w poszukiwaniu hostelu, godzina 12.40, biały dzień, staruszki przechadzają się z pieskami. Chodnik wąski, więc idziemy gęsiego, w sensie ja z przodu, „Dzikoska” z tyłu. Idziemy jak to “plecakowcy”, duży plecak na plecach, mały plecak z przodu. No i podbiega jakaś laska do Tereski, pokazując, że coś spadło z góry na jej duży plecak. Na dowód wyciąga chusteczkę, ściera z tyłu coś brązowego i pokazuje. I że to z góry i zwraca nasza uwagę ku górze, ku oknom i balkonom. I namawia do zdjęcia plecaka i wytarcia tego obrzydlistwa, i krzywi się kobieta strasznie. Tereska zdezorientowana ściąga mały plecak i stawia na chodniku. Ściąga też duży. Kobieta coś tam mówi, pomaga ścierać kupę (potem się okaże, ze to czekolada) i pokazuje ku górze. WTEM! (jak w Tytusie) Znikąd podbiega koleś, chwyta mały plecak (o zawartości: aparat do robienia pięknych zdjęć dla czytelników, telefon, lornetka, mp3, twardy dysk, okulary optyczne) i W NOGI!
Tu Tereska: i wtedy, bohater dnia, czyli Moj Dzielny Miś rzuca się w pogoń, złodziej się wywraca, upuszcza plecak i wszystko jest ocalone. Tymczasem, “czekoladowi bandyci” najbezczelniej w świecie, spokojnym krokiem oddalają się, szczęśliwie z niczym. W sumie sprytnie, bo co mają biec - my ich nie będziemy z plecakami gonić a oni nie wzbudzają podejrzeń.
Marcin
8 marca 2010
W Warszawie wraz z kolegami z pracy często letnie lancze konsumowaliśmy na Polach Mokotowskich. Dla ludzi nie zaznajomionych ze stolicą dodam, że to taki duży park w centrum Warszawy. Okazało się, że nie jest to polska tradycja. Pracujący w nowojorskim midtown upodobali sobie w tym celu Bryant Park, gdzie zresztą takie obyczaje są mile widziane, o czym świadczy niezliczona ilość krzeseł i stolików wstawiana tam na lato. Oczywiście taki lancz nie trwa jak w Warszawie godzinę, lecz znacznie krócej. W końcu mówi się, że nowojorska godzina trwa 15 minut.
Wiecznie spieszący się mieszkańcy Gotham muszą być chronieni przez służby miejskie przed zagrożeniami wynikającymi z tego pośpiechu. Jako przykład takich działań można podać przejścia dla pieszych. Białe światło umożliwiające przejście pali się zawsze tylko moment. Już w połowie drogi przez przejście zapala się czerwone i mruga, co oznacza, że jeszcze można przechodzić, ale już zaraz ruszą samochody. Tylko, że stan migania trwa około dwukrotnie dłużej niż światło białe. Proporcje te w Bostonie, czy Chicago są dokładnie odwrotne. Inna sprawa jest to, że kolor światła dla Nowojorczyków ma nikłe znaczenie, czego efektem jest ponad 50 ofiar śmiertelnych w 2008. Rok 2009 pobił 2008, liczba ofiar na październiku wynosiła ponad 70.
Czasem usługodawcy próbują dać chwilę wytchnienia zabieganym i jedzącym w pośpiechu mieszkańcom. I tak na przykład w kinach miejsca nie są numerowane, wiec żeby nie siedzieć z głową w ekranie trzeba być na sali 20 minut wcześniej. Wielu ludzi przynosi ze sobą gazety, żeby w czasie oczekiwania czytać. Nie doceniają, ze właściciele kin zapewne chcieli im umożliwić chwilę spokoju na przemyślenia.
Na próżno te wszystkie działania. Nawet w czasie kryzysu w umyśle każdego nowojorczyka dominującą myślą jest “Czas to pieniądz”.
Mikołaj
2 marca 2010
Ruszyliśmy w 3dniową podróż po wieeeeeelkich solinach - Salar de Uyuni i ich okolicy. Obrazy jeszcze bardziej „niedowiarny” niż wcześniej. Zresztą zaraz zobaczycie sami!
Wyprawa polega na udaniu się SUVem (nasz był Lexus z 2000r.) w 4-6 osób na objazd po olbrzymim, zupełnie niezamieszkałym obszarze solin i rezerwatów w Boliwii. Z informacji pozyskanych wcześniej na trasie, wynikało, że nie wiadomo która agencja jest najlepsza do tego celu, a jakość wycieczki zależy głównie od kierowcy/ przewodnika i kucharki, którzy towarzyszą grupie. Więc przewodnik radził oprzeć się na rekomendacjach tzw. bezpośrednich.
I tutaj należą się wszelkie ukłony dla Tereski, która wypatrzyła jakąś parkę w usolonych butach, zapytała czy im się ich agencja podobała i czy polecają. Po usłyszeniu samych superlatyw i zachwytów pobiegliśmy w te pędy do wskazanego operatora.Wiec uważaj turysto - RADA: Wypatruj ludzi w posolonych butach! ;-)Co do wrażeń wzrokowych to są niesamowite i niepowtarzalne, jak widać poniżej. Dodatkowo, w związku z opadami i porą mokrą, soliny wyglądają zupełnie inaczej niż w okresie suchym. Teraz całe schowane są pod 10-15 cm warstwa wody, co daje wrażenie jakby się płynęło po niebie - zapraszamy:
Marcin
|
|