Luuuz del Sur

9 lutego 2010

Najwspanialsi!

Aktualnie znajdujemy się w najpiękniejszym miejscu na świecie. A jak nie, to na pewno blisko mu do ideału. Nazywa się Huacachina i jest ok. 300km na południe od Limy. Słowa znów nie poradzą, wygląda tak:

Jest dokładnie takiej wielkości jak widać. Dosłownie kilka domów na krzyż. Podróżujemy z naszą nową przyjaciółka Tanią z Moskwy (też udała się na dłuższą przerwę w Big4). Nasz hiszpański czyni ogromne postępy - do tego stopnia, że zaczynamy rozumieć co do nas mówią i orientować się w liczebnikach w najbardziej nas interesującym przedziale 10 - 20.

To jakże wspaniale miejsce, oprócz faktu że mozna je obejść wolnym krokiem w 20 minut (a nikt tu nie jest w stanie zdobyć się na szybszy krok) cechuje to, że można tu uprawiać dziwny sport zwany sandboardingiem. Kojarzy się ze snowboardem i z piachem i jest wszystkim co można z nazwy wywnioskować - tyłek boli od upadków jak na snowboardzie a w każdym otworze ciała jeszcze przez tydzień będziemy znajdować piach.

Poza tym jednak jest to megafantastyczny wypas i koniecznie polecamy. Zwłaszcza zjazdy głową naprzód po 150metrowym zboczu :) I nie wiadomo co lepsze - same zjazdy czy bycie wożonym tymi śmiesznymi samochodzikami po wydmach z szalonym, uroczym kierowcą. Czaaad!

Ponadto, nasz nowy kolega Kim z Japonii w trakcie jednego 150m zjazdu zgubił w połowie drogi buty. Oczywiście były to Japonki. Stąd rada dnia: nie bierz na sandboarding japonek turysto!

A po szalenstwach mamy do dyspozycji hostel z basenem, hamakami pod tysiącletnim drzewem, leniwą muzyczką, lokalnymi drinkami i gronem kłócącychsięmegagłośnokolorowych papug. Ale nie bedziemy już was dalej irytować. :-)

Marcin